Przedgórze KaczawskieZeszłoroczna wycieczka do Wrocławia rozbudziła naszą ciekawość i chęć poznania wyjątkowego regionu Dolnego Śląska. Jest to kraina bogata nie tylko w cenne złoża, ale też w unikatowe na skalę europejską miejsca , pod względem budowy geologicznej, przyrody i zabytków. Program wycieczki był bardzo napięty, by w cztery dni zobaczyć jak najwięcej: zamki i pałace, ogrody, obiekty sakralne, fortyfikacje i podziemia. Całość przygotowała i zorganizowała nasza koleżanka, tam urodzona i wychowana, Ela Holli. Nawet słoneczną pogodę zamówiła, sobie tylko znanym sposobem, więc bez żadnych przeszkód, w czwartek rano wyruszyliśmy w podróż sentymentalną do Ziemi Kłodzkiej.


 Trudy i niedogodności podróży szybko poszły w zapomnienie gdy znalazłyśmy się w otoczeniu pełnego wiosennych barw Arboretum w Wojsławicach (łac. arbor, arboris – drzewo), czyli w ogrodzie botanicznym roślin drzewiastych. Królowały w nim olbrzymie, kwitnące rododendrony i różaneczniki, których uroda wzbudzała nasze zachwyty typu o.., ach.., łał!



Pyszna zupa pomidorowa  dodała nam sił i ruszyliśmy na rekonesans stromymi uliczkami Kłodzka. Ela czytała fragmenty z przewodnika kolejno; na moście, na rynku i ... w ogródku piwnym, a my chłonęliśmy wiedzę i boski napój.



Ten, kto z samego rana w piątek wdrapał się na sam szczyt twierdzy w Kłodzku mógł podziwiać piękną panoramę miasta i gór oraz zapoznać się z mroczną historią tego miejsca. Służba wojskowa w twierdzy była jak wyrok śmierci, a zwiedzanie z przewodnikiem, panem Łukaszem, jak karna kompania - za brak dyscypliny groziły baty. O dreszcze przyprawiał pobyt w lazarecie, w którym to rannych żołnierzy pozbawiano górnych i dolnych kończyn bez znieczulenia ( czy ktoś odnotował w księdze rekordów Guinessa, że niektórzy felczerzy robili to w 7 sekund - trzask prask i po wszystkim ). Po wojnie twierdza zachowała charakter strategiczny, gdyż władza ludowa umieściła tam zakład przetwórstwa owocowego, a jego sztandarowy produkt - wino o nazwie Tajfun, jak wiadomo , niejednego twardziela powaliło. Można by zaśpiewać parafrazując słowa piosenki: "Nie zmogła go kula, nie zmogła go siła, tylko ta butelka,co z Tajfunem była."



Zgrozą również powiało w Kamieńcu Ząbkowickim - jak można było tak okazały pałac neogotycki i okalające ogrody z fontannami zniszczyć i okraść! A zaczęło się tak romantycznie. Marianna Orańska, królewna niderlandzka, poślubiła Albrechta Hohenzollerna, księcia pruskiego i wybudowała pałac z czterema basztami o powierzchni użytkowej 20 tys. m2, i o ile dobrze pamiętam,  było tam 400 komnat. Była kobietą inteligentną i racjonalną, miała duży wkład w życie miejscowej ludności, która kochała ją za to. Niestety, jej mąż nie był księciem z bajki, w ogóle był jakby z innej bajki, więc uciekła od niego ze swoim masztalerzem. Za karę miała zakaz kontaktu z dziećmi i wchodzenia do pałacu frontowymi drzwiami. I my też, tak jak Marianna, weszliśmy do środka przez okno, ale dawną świetność tego miejsca mogliśmy podziwiać tylko ze starych rycin.














Dużo weselej zrobiło się w Złotym Stoku - śląskim Klondike. W sztolniach kopalni panował przyjemny chłodek i tylko trzeba było uważać na szczury, bo jak twierdziła nasza przewodniczka, pani Alina, kto nadepnie na szczura ten nigdy nie wyjdzie na powierzchnię. Uważać też trzeba było na słowa, gdyż pewien niesforny turysta do dziś rąbie skałę za stwierdzenie, że do wyciągania wózków z urobkiem w kopalni zatrudniano kobiety, a nie konie ,bo były tańsze w utrzymaniu :). W zabawny sposób opowiedziała nam jak się ma arszenik do złota, nie wspominając o starych koronkach i co się komu opłaca.Obejrzeliśmy podziemny wodospad i korytarz śmierci, w którym straszyło. Dzięki Bogu, nikt nie nadepnął na szczura i w komplecie opuściliśmy sztolnię głośno turkoczącą kolejką.














Dodatkową atrakcją w kopalni było muzeum tabliczek informacyjno-ostrzegawczych z okresu PRL-u. Każdy się z takowymi spotkał w swoim miejscu pracy, miały uczyć BHP, ale nikt się nimi specjalnie nie przejmował. Teraz jako ikona tamtych lat są poszukiwane przez kolekcjonerów.

Rolniku! Daj krowie, krowa da tobie.

Nie naprawiaj maszyny w czasie biegu, bo będziesz dupę wycierał łokciem.

Co zrobiłeś dzisiaj dla obniżki kosztów własnych?

 Osoby niepotrafiące trafić do sedesu prosimy rzygać przez okno.

Rolniku! Nie myj jaj przed skupem.

Prosimy nie sikać do zlewu.

Po skończonej pracy załóż majtki.

Wsiadanie i wysiadanie wzbronione.






A kto zauważył jaki napis na koszulce miała pani Alina?

W piątek już pogoda nie była dla nas taka łaskawa, ale wszystko ma swoje uroki, nawet deszcz.
Na początek zdjęcia pamiątkowe całej grupy na schodach bazyliki w Wambierzycach.


Zwiedzanie bazyliki to przede wszystkim doznania duchowe, szkoda, że  mieliśmy na nie tak mało czasu.
Następny przystanek to Książ i trzeci co do wielkości zamek w Polsce. Fantastycznie położony, na wysokiej skale, prezentuje się niezwykle dostojnie. Z zamkiem wiąże się historia mieszkającej tu urodziwej Angielki nazywanej po prostu Daisy, żony dużo starszego i bogatego arystokraty niemieckiego Hansa Hochberga. Podobnie jak Marianna, nie była szczęśliwa w związku małżeńskim, a mogła przecież dotknąć czarodziejskiej skały pod murami zamku i wybrać miłość - to oczywiście żart, choć niektórzy z nas zawierzyli skale swój los.Jeżeli chodzi o Daisy to pewnie czasami można zobaczyć ją jak się przechadza po urządzonych w stylu angielskim, czarownych ogrodach.





Na koniec dnia tzw. wisienka na torcie, coś co wszystkim zaparło dech - unikatowy, w całości drewniany Kościół Pokoju w Świdnicy.




Jeszcze tylko niedzielna przejażdżka statkiem po Odrze we Wrocławiu i powrót do Łomianek. Pełni wrażeń zapomnieliśmy o śpiewaniu, potrenujcie w domu do następnej wycieczki. Elu! Liczymy na Ciebie! Było fantastycznie!






                                                                          tekst: Małgosia K
                                                                          zdjęcia: Boguś K